sobota, 19 czerwca 2010

Konrad VII powrócił!

Działo się, działo! Zrobiłem ponad 200 zdjęć tylko w obozowisku i pod Bramą Wrocławską, dzisiaj parę wybranych.

W obozie damy troszczyły się o wszystko, a przede wszystkim - pięknie wyglądały:





Rycerze, jak to szlachta, również i u nas korzystali z niektórych przywilejów:



Młody książę...



...wierny (póki co) również i tej fladze...



...zgromadziwszy wielu wiernych towarzyszy...









...i służbę...



...pod okiem tatusia i władz zakonnych...



...wdał się w potyczkę...







Całość dokumentowały służby nadwornych paparazzi:





...ale i tak niektórzy mieli to gdzieś...



Średniowieczna amunicja ma tę zaletę, że może być używana wielokrotnie. Trzeba ją tylko pozbierać z pobojowiska:



...a po wszystkim - chłodzący napój z rąk niewiasty...



...i można wracać...



O powrocie ojców lotem błyskawicy poinformują latorośle...



Chciało by się powiedzieć: do następnego razu! Oby jak najprędzej. Co roku na początku wakacji rycerscy przyjaciele mogliby odwiedzać Oleśnicę i udzielać lekcji historii na żywo. Zainteresowanie dzisiejszymi wydarzeniami było duże, nawet bardzo. Reaktywacja rycerskiej tradycji w naszym mieście to znakomita atrakcja edukacyjna i promocyjna.
Jako zwykły widz i ojciec - dziękuję i proszę o jeszcze, a jako specjalista od wizerunku - uczyniłbym z tego wydarzenia cykliczną imprezę. Warto!

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Zaciąg u pięciolatków

W zeszły piątek Przedszkole NR 6 zorganizowało dla dzieciaków i ich rodzin wielce udany piknik. Nie brakowało zabaw i atrakcji, a jedną z nich była możliwość spotkania z "prawdziwym" rycerzem.

Sympatyczny pan z dużym wyczuciem i cierpliwością odpowiadał na pytania maluchów, prezentował wyposażenie oraz opowiadał - bardzo ciekawie i zrozumiale dla kilkulatka - o średniowiecznej broni, którą każdy zainteresowany mógł wypróbować. Moje młodsze potomstwo płci męskiej natychmiast przeszło z panem rycerzem na ty i we dwóch zawracaliśmy mu głowę chyba pół godziny.

Najważniejszy jest właściwy chwyt:



A potem już można lać wroga:



...zwłaszcza, jak idziemy w bój pod takim znakiem:



...w razie czego użyjemy broni najgroźniejszej:



I tak talej, omówiliśmy wszystkie elementy ubioru i zbroi, a nawet jakie to uczucie trzymać w garści najprawdziwszy czarny proch:



W tym samym czasie, kiedy moja małżonka z kolejną częścią potomstwa, tym razem płci żeńskiej, brała udział w ciągnięciu myszy na sznurku i wieszaniu prania na czas, my obaj chłonęliśmy wiedzę o średniowiecznych obyczajach i walkach, a także o całkowicie współczesnych przygodach dwudziestopierwszowiecznego rycerstwa.

Obecność miłego gościa na przedszkolnym pikniku nie była przypadkowa. W najbliższą sobotę i niedzielę oleśniczanie będą bowiem świadkami wyjazdu swojego księcia na wojnę do Prus.
Oto szczegółowa lokalizacja eventu. Agendę otrzymałem od rycerza:

1) Brama Wrocławska/dawniej - Trzebnicka: miejsce wjazdu rycerstwa oraz wejścia zaciężnych, miejsce pozorowanego ataku na mury miasta oraz wymarszu chorągwi śląskiej do Prus;
2) Podzamcze: miejsce rozłożenia obozu, teren manewrów Chorągwi św. Jana, walk pieszych oraz gier i zabaw plebejskich;
3) Rynek - przed ratuszem: miejsce powitania poselstwa Zakonu, pokazu katowskiego i przemarszu wojsk;
4) Zamek: miejsce prezentacji rycerstwa i zaciężnych oraz wypłaty części żołdu;
5) Bazylika: msza przed wyruszeniem na wojnę...

Dokładny plan wygląda następująco. Sobota, 19 czerwca:

- 10.30: Manewry oddziału piechoty (Chorągwi św. Jana) na podzamczu przy obozie;
- 10.50: uformowanie kolumny do wymarszu. Przejście przy zamku i Bramie Wrocławskiej, wzdłuż murów obronnych, potem ul. Kościelną do Rynku. Tam powitanie posła krzyżackiego ze świtą;
- 12.00: wymierzenie przez mistrza małobrodego (kata) kar dla winowajców: chłosta, piętnowanie, "wykłucie oka", wyświecenie z miasta (banicja) oraz... "obcięcie głowy"! Następie "sąd boży" przed książętami i posłem, a także walka piesza;
- 12.40: przejazd rycerstwa i przejście piechoty na zamek. Prezentacja przez herolda przybyłych rycerzy oraz zaciężnych piechurów. Rozdanie nagród w konkursach dotyczących Konrada VII, powrót na podzamcze;
- 15.00: pokaz walk pieszych, gry i zabawy plebejskie, pokazy sprawności rycerskich;
- 17.30: pozorowana bitwa podzielonego na dwie części rycerstwa, atak na "bramę trzebnicką" (teren przy Bramie Wrocławskiej).

Niedziela, 20 czerwca:

- 09.00: msza w bazylice;
- 12.00: przejazd pocztów rycerskich oraz przejście zaciężnych na rynek, a następnie wyjazd z Oleśnicy do Prus przez Bramę Wrocławską.

Mam nadzieję, że wszystko się uda i że pogoda dopisze. Takie uroczystości to znakomita forma promocji miasta i okazja do pokazania zabytków. No i fakt, że w sumie wyjeżdżamy... "bić Polaków", jest szalenie interesujący. Mam nadzieję, że zostanie odpowiednio podkreślony.

W imieniu swoim i okropnie sympatycznego rycerza zapraszam w sobotę i niedzielę na podróż w czasie i lekcję historii na żywo. Wiem, że impreza jest związana z okrągłością rocznicy bitwy pod Grunwaldem, tfu! jak dla nas, to pod Tannenbergiem. Nie zamykajmy sobie jednak drogi do corocznych obchodów "wymarszu do Prusiech". To byłby piękny początek wakacji!

Jeszcze raz dziękuję rycerzowi za poświęcony czas i zainteresowanie tematem oraz umiejętność przystępnego przekazania wiedzy. Mój rozmówca walczył będzie pod takim herbem:



Choćby rzeki miały wystąpić z koryt a wulkany wybuchnąć - mój syn nie odpuści. Zameldujemy się w rycerskim obozie uzbrojeni w aparat.

Do zobaczenia!

niedziela, 6 czerwca 2010

Dzień Wolności

Błądząc w poszukiwaniu ciekawego spędzenia niedzielnego popołudnia trafiłem z rodziną na wrocławski rynek. We Wrocławiu jestem codziennie i spędzam w nim większość dnia. Na rynku nie byłem jednak od dawna. Właśnie sprzątano po Dniu Wolności.


W Oleśnicy celebrowaliśmy dwudziestolecie samorządności. Zasłużeni samorządowcy otrzymali zasłużone nagrody. Mniej więcej w tym samym czasie przypadła nieco zapomniana rocznica - dwudziesta pierwsza - odzyskania Prawdziwej Wolności:



Szkoda. W końcu gdyby nie czwarty czerwca 1989, nagród z okazji dwudziestolecia wolnego samorządu nie można by przyznać.

A w rynku - jak to w rynku. Tłumy ludzi, nie ma gdzie usiąść. A ludzie, mili Państwo, czasem muszą się też położyć. Nawet, jak czekają na Bajkobus:



Wszystkiego dobrego w nowym tygodniu!

czwartek, 3 czerwca 2010

Z ziemi włoskiej do Polski

Po kilkutygodniowych peregrynacjach służbowo-prywatnych udało mi się w końcu zacumować w macierzystym porcie przy Łużyckiej. W tym czasie znowu wybuchł wulkan, a rzeki wystąpiły z koryt. Paskudna góra uziemiła mnie w Monachium, przez co wizytę w amsterdamskim Rijksmuseum i Rembrandthuis musiałem przełożyć na później i skrócony pobyt w stolicy Niderlandów ograniczył się wyłącznie do spraw służbowych. Na szczęście w Italii byłem na czas, wyłącznie prywatnie, i całkiem niechcący uczestniczyłem w północnowłoskiej fecie po sukcesie Interu w Lidze Mistrzów.


Trafiłem tam do miasteczka Finale Emilia. Leży ono z dala od głównych szlaków turystycznych, nie sąsiaduje ani z górami, ani z morzem, nie ma w nim fascynujących pozostałości Imperium Cezarów, nie ma także żadnej Ważnej Fabryki. Razem z Modeną, Bolonią i Ferrarą tworzy równinny nibyprostokąt w górnej części włoskiego buta, lekko po lewej stronie. Z tego czworokąta Finale jest najmniejsze, nie liczy nawet 16 tysięcy mieszkańców.

Większość ludności pracuje w stolicy regionu, Bolonii. W Finale Emilia mają domy, szkoły, supermarkety, kawiarenki, szpital i kilka kościołów. Mają też zamek. Analogia z Oleśnicą jest oczywista.
Do czasu.

Historia Finale liczy ponad tysiąc lat, nie to jednak różni oba miasta najbardziej. Finale Emilia, miasto nawet nie powiatowe, nie będące w centrum ruchu turystycznego i mające ponad połowę mniej mieszkańców niż Oleśnica, oferuje swoim obywatelom i przypadkowym - jak ja - turystom dwa muzea oraz teatr.

Nie zdążyłem odwiedzić teatru, wiem jednak, że jest to teatr z prawdziwego zdarzenia, z aktorami-amatorami i aktorami-profesjonalistami na gościnnych występach, mający swój repertuar i wystawiające tak sztuki klasyczne jak i spektakle prezentowane przez uczniów czy emerytów. To teatr, a nie wielofunkcyjna sala, w której dzisiaj wyświetlimy film, jutro urządzimy wystawę kółka łowieckiego, a pojutrze przedszkolaki wezmą udział w turnieju tańca dla krasnali. Ale dobrze, że mamy chociaż salę, teatr w Oleśnicy to jednak ryzykowna koncepcja.

Muzea, powtórzę, są tam dwa. W jednym mieści się sekcja regionalna, niestety - było zamknięte z powodu remontu. Drugie i główne zajmuje część - z czymś mi się to kojarzy - zamku. Zamku wielkiego, średniowiecznego, który obecnie również jest w remoncie i jego ciekawą bryłę ciasno otula kolczuga rusztowań:



Muzeum jednak działa i jest czynne w soboty - do południa i po południu oraz w niedziele - do południa. Wstęp jest bezpłatny, ale przemili emeryci, którzy społecznie doglądają zbiorów i służą jako przewodnicy, wręczają wykwintne, drukowane na kredowym papierze bilety:




Jak widać bilet może być interesującą pamiątką z wizyty nie tylko w muzeum, ale i w miasteczku. Po lewej stronie, na pomarańczowym pasku, wyraźnie widać napis "Gmina Finale Emilia" oraz dane teleadresowe. Główna informacja z biletu jest wyraźna: "Muzeum miejskie". Czyli można zadbać o własną promocję również na biletach.

Ekspozycja jest przemyślana i różnorodna, interdyscyplinarna. Są modele Ziemi z zarania dziejów (pangea) oraz poszczególnych etapów kształtowania się dzisiejszego świata. Są skamieliny dinozaurów (modele) i ich zębów tudzież roślin. Przechodząc przez poszczególne sale zwiedzający "mija" kolejne zlodowacenia. Są modele szkieletów ludzi pierwotnych.

W dziale starożytności, poza bronią i innymi znaleziskami, stworzono grobowiec z epoki rzymskiej.

Zgromadzono mnóstwo eksponatów geologicznych, jakość minerałów nie jest związana wyłącznie z tymi ziemiami, zbiory mają pokazać uczniom wygląd ametystów, agatów, skał wulkanicznych i nawet diamentów. To ciekawsze niż przeglądanie książek czy internetu.

Oczywiście dużą część stanowią zbiory archeologiczne, wydobyte w Finale Emilia i okolicach. Jednak poza antropologią, geografią i geologią czy - co oczywiste - historią, uczeń może zobaczyć okazy pochodzące z Afryki czy antypodów. Okazy mniej więcej takie:




Muszę przyznać, że surowe, ceglane mury tworzą ciekawy anturaż do celów wystawienniczych. Kilka zdjęć z poszczególnych sal:






Oraz kilka ujęć z zewnątrz, od strony jeszcze wolnej od rusztowań:







W czasie tamtejszych Dni Oleśnicy, czyli Finalestense, miasto zapełnia się ludźmi w strojach ze średniowiecza, a centrum imprezy jest właśnie zamek. Dla zainteresowanych podaję źródło:

http://www.comunefinale.net/Cultura/Finalestense/2010/index.php

Zamek wymagał remontu i gmina zadbała o finansowanie tej inwestycji. Oto struktura budżetu:




Mamy w Pieśni Narodowej sformułowanie "Z ziemi włoskiej do Polski". Korzystajmy więc i w tym przypadku z lepszych wzorów, skoro sami nie umiemy stworzyć własnych. Przykład Finale Emilia pokazuje, że muzeum miejskie nie musi się ograniczać do zbiorów historycznych. Mamy wiele szkół. Należy zorganizować dla uczniów ekspozycję holistyczną, jak w Finale - interdyscyplinarną. Pokazujmy maluchom jak wygląda świat, zaszczepmy ciekawość odkrywania nieznanego.

Bezpłatne muzeum w wyremontowanym zamku to dzisiaj urojenia kogoś fruwającego w obłokach. Zamek zamkiem, jego sytuacja jest bardziej złożona niż tego, który odwiedziłem. Ale muzeum? W tym przypadku nie trzeba polityki, tylko dobrej woli i zaszczepienia w ludziach potrzeby posiadania takiego miejsca. Zainspirowania ich do pracy i - czemu nie - ofiarności. Choćby takiej, jaką zaprezentował jeden z kibiców Interu. W poniedziałek, dwa dni po Wielkim Finale, gdzie Wielki Murinho poprowadził swoje hufce do zwycięstwa nad Wielkim Bayernem, oberwany jegomość utknął oparty o flagę klubu na środku skrzyżowania w Finale Emilia i kiwając się na boki "kierował ruchem".

Podobnego oddania wobec Oleśnicy życzę obecnym i przyszłym jej władzom. Może nie gibania się na fladze, ale pewnego uporu i fantazji można interowemu obdartusowi pozazdrościć.

Ciao!

środa, 21 kwietnia 2010

Promocyjnie - znowu...

Niedawno pisałem o budowie wizerunku miasta w ujęciu, powiedzmy, ogólnym. Teraz nadszedł czas na promocję poprzez aktywną turystykę. Zarząd Województwa Dolnośląskiego rozdzielił w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego półtora dużej bańki od UE na sześciu chętnych. Średnio wychodziło po jakieś ćwierć melona, ale Oleśnica dostała 105 tysięcy. Szaleństwa nie będzie, ale dobre i to.


Będziemy się promować jako – uwaga – miejsce jak najbardziej atrakcyjne turystycznie. I świetnie! Projekt i dotacja dotyczy jednakowoż wyłącznie turystyki aktywnej, a to już nieco gorzej, bo znacznie zawęża to, czym można by się pochwalić.

Projekt precyzuje przeznaczenie środków. O aktywnej turystyce na naszej ziemi dowiemy się wszystkiego ze specjalnej strony internetowej w wersji językowej polskiej oraz angielskiej, gdyby na przykład komuś z Londynu czy innego Sydney zachciało się wykąpać u nas w Atolu. Pojawi się również plan miasta i gminy ze szczególnym uwzględnieniem bazy noclegowej i gastronomicznej. Wydany zostanie informator, też dwujęzyczny, a marketing znajdzie zastosowanie w kampaniach outdoorowej, internetowej i – chyba – radiowej (telewizyjnej?), bo ma zostać nagrany spot reklamowy. Na więcej nie wystarczy, należy więc uznać, że o turystyce aktywnej będziemy słuchać i czytać, ale uprawiać nie będzie za bardzo gdzie. To znaczy: będzie, ale w bardzo wąskim zakresie.

Większość atrakcji będzie bowiem dotyczyć z pewnością Atolu oraz kompleksu na Brzozowej i hali sportowej (mój domysł). Do tego ścieżki rowerowe, głównie te, które wytyczone zostaną dzięki innej dotacji (9,6 mln zł dla inwestycji o koszcie szacowanym na 18,5 mln, polegającej na „Renowacji Stawów Miejskich i terenów zielonych, w tym budowa ścieżek rowerowych oraz przebudowa i remont budynku przy ul. Brzozowej 12B z przeznaczeniem na Centrum Spotkań Organizacji Pozarządowych” – cyt. za informacją z Urzędu Marszałkowskiego). Do tej „dużej” dotacji wrócę, teraz jeszcze o „małej” (tej na 105 tysięcy), dzięki której będziemy się promować. Krótki przegląd pozostałych dotowanych projektów:

- Powiat trzebnicki: będzie promował Kocie Góry jako gratkę, zwłaszcza dla rowerzystów. Dostanie 123 tysiące na ilustrowane albumy, mapy, przewodniki oraz reklamę radiową i telewizyjną, a także internetową i billboardową, a finałem kampanii będzie przejazd mieszkańców i turystów wyznaczonymi trasami i festyn.

- Wałbrzych: otrzymał 155 tysięcy na wypromowanie tras kolarstwa górskiego, projekt ma mieć jednolity wizerunek („system identyfikacji wizualnej”), będzie kampania medialna i kolportaż materiałów promocyjnych.

- Powiat milicki: za 136 tysięcy opracuje strategię promocyjną marki o nazwie „Ziemia milicka w Dolinie Baryczy”, przy czym stworzy poświęcony temu serwis internetowy, zainwestuje w kampanię medialną jak pozostali, a będzie chwalił się już istniejącymi szlakami rowerowymi, pieszymi i kajakowymi oraz ścieżkami przyrodniczymi.

- Wrocław: tutejsze krasnale cieszą się z 281 tysięcy dotacji na promocję pieszych wycieczek. Oczywiście – sztampowo – kampania medialna, materiały promocyjne itede, itepe… ale jeszcze w tym roku miasto zorganizuje 50 rodzinnych pieszych wypraw po stolicy Dolnego Śląska!

- Województwo Dolnośląskie: 714 tysięcy dotacji na… promocję turystyki aktywnej rzecz jasna, ale w ujęciu totalnym: woda, góry, rowery, narty i inne skałki.

Zaznaczam, że wszystkie powyższe kwoty to wysokość dotacji, a nie koszt całego projektu.

Jak na tym tle wypada „nasz” projekt? Całkiem porządnie. Brakuje tylko pomysłu (środków?) na jakąś akcję opartą na aktywnym wypoczynku. Nie mamy gór, skałek, spływu kajakowego też nie zorganizujemy, bo nasze stawy nawet po rewitalizacji będą raczej płaskie. Zapomnijmy póki co o Atolu i hali oraz basenolodowisku, czyli o infrastrukturze. I skupmy się tylko na Oleśnicy, bez gminy.

Wychodzi na to, że bez Atola, hali i powstającego lodowiska z basenem czy kortów (a takie lub zbliżone kompleksy inne miasta także posiadają lub budują), aktywną turystykę możemy pouprawiać sobie objeżdżając miasto na rowerze albo spacerując. Znaczy, w porównaniu z innymi, nie ma się czym wyróżnić. A żeby jeszcze zachęcić do przyjazdu…

Cóż, nie możemy szczycić się środowiskiem Doliny Baryczy ani ukształtowaniem terenu podobnym do okolic Trzebnicy czy Wałbrzycha, piesze wycieczki na wzór Wrocławia mogą być w Oleśnicy zbyt krótkie i najzwyczajniej… nudne. Gdyby jednak wytyczyć ścieżki krajoznawczo-historyczne dla cyklistów i pieszych, może i zrobiłoby się ciekawiej. Niestety, na taki profil już zabraknie środków.

Oleśnica wyda niemal 20 milionów złotych (z czego – jako się rzekło – prawie połowę dołoży Unia) na ścieżki rowerowe, stawy i remont budynku dla ngo-sów. To olbrzymie pieniądze i zakładam, że będzie pięknie. Władzom należy się uznanie, że wykazują aktywność i perspektywiczne myślenie, że wnioski sygnowane przez burmistrza są przyjmowane i Oleśnica po raz kolejny znalazła się w wąskim gronie miast, którym Zarząd Województwa przyznaje unijne pieniądze na rozmaite projekty.

Szkoda tylko, że póki co nie złożono również wniosku w nieco innym zakresie (przynajmniej nic na ten temat nie słychać) .

Tenże sam Regionalny Program Operacyjny Województwa Dolnośląskiego, w Działaniu 6.4, umożliwia bowiem uzyskanie dotacji na projekty „Turystyka Kulturalna”. W jego ramach gmina Wleń dostanie 436 tysięcy na pierwszy etap stabilizacji ruin zamku. To tylko przykład, ale dzięki projektom z tej dziedziny można zawalczyć o pieniądze na renowację zabytków lub inne atrakcje kulturalne.

Piszę o tym, ponieważ jeżeli już turysta, skuszony stroną internetową, reklamą i pięknym informatorem, pojawi się w Oleśnicy, by aktywnie wypocząć, to może zagra sobie w tenisa. Popływa w Atolu. Popływa łódką po stawach. A potem wsiądzie na rower i wyruszy poznawać tereny, które odwiedza. A jeszcze bardziej potem będzie zachwycony i powróci wraz z całą rodziną do naszego miasta. Tak będzie pięknie, że lepiej ja też powrócę – na ziemię.

Nie czarujmy się, jeżeli ktoś lubi jeździć rowerem, to po prostu jeździ i nie musi organizować specjalnej wyprawy do jakiejś Oleśnicy. Jeśli ktoś inny lubi pływanie czy tenisa lub koszykówkę na sali, to pewno znajdzie sobie takie rozrywki bliżej. Turyście trzeba pokazać coś, czego nie ma, czego nie widział i czego nie zna.

Może zabytki? To też przesada, jeśli ktoś uprawia turystykę „po zabytkach”, to jedzie tam, gdzie są unikatowe. A my nie jesteśmy Rzymem, Krakowem, Wrocławiem nawet… do nas masowy turysta nie przyjedzie, my musimy zadbać o pasjonatów i miłośników uroczych miasteczek śląskich. Zaprosić pasjonata-turystę na wyprawę do biblioteki łańcuchowej, pokazać mu unikalną zabudowę starego miasta, wnętrze bazyliki, zabrać go na wycieczkę po zamku, wskazać drogę do muzeum, dać namiary na „żywego” przewodnika i sprzedać oleśnickie pamiątki. I niech jeździ sobie rowerem (na przykład do grobu carskiego żołnierza z 1813 roku) lub dziarsko maszeruje, niech odsapnie na basenie i podziwia urodę oleśniczanek śmigających na rolkach po bezpiecznych trasach przy Brzozowej.

Niestety muzeum nie istnieje, biblioteka łańcuchowa dostępna jest dla niewielu a bazylika zamknięta, przewodnika nie ma, pamiątek nie ma, wejścia do zamku nie ma, poza tym zamek się rozpada i może będzie tak, że zamku też nie ma i będziemy prosić o dotacje na „stabilizację ruin” jak Wleń…

Jest szansa na dotowanie tej dziedziny następnym razem, o ile będzie jeszcze co promować. Takie szlaki krajoznawczo-historyczne łączyłyby w sobie wszystko, co turystycznie i historycznie Oleśnica może zaoferować. Odkopmy oleśnickie legendy, w zakamarkach zamku lub gdzieś na starym mieście ukryjmy „skarb” (nawet worek sławetnych dukatów, do którego szłoby się po oleśnickich wskazówkach historyczno-geograficznych przez szereg miejsc i zagadek), róbmy coroczne rajdy szkół z okolic po stolicy powiatu – to naprawdę może się udać! Na renowacje (np. tzw. „domek na murze”, cześć jego pamięci) i dostępy potrzebne są jednak środki, dlatego piszę o dotacjach „na kulturę”. Turyści turystami, prawda jest taka, że większość mieszkańców Oleśnicy niczego o niej nie wie.

Cieszę się, że mieszkam w mieście, gdzie coś się dzieje, gdzie realizowane są nowe projekty, gdzie urzędnicy potrafią napisać dobry wniosek o pieniądze. Ale nie poprzestawajmy na tym! 20 mln na renowację stawów może i jest potrzebne, ale za te pieniądze wydane na innym polu można by… no, wiele by można. Dopilnujmy tego następnym razem!

P.S. Przepraszam za przydługiego posta, ale celowo chciałem podać ile i na co wydają inni w zakresie „Turystyki aktywnej”.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Post Mortem. Po sobotnim poranku.

W sobotę wyjeżdżałem do Włoch. Dwie godziny przed odlotem TVN24 podało wstrząsającą wiadomość. W samolocie napisałem krótką notkę, którą publikuję dopiero dziś, ponieważ mam tu problem z dostępem do sieci:

„Piszę te słowa z pokładu samolotu lecącego do Bolonii w jednym z najczarniejszych dni tak dla Polski, jak i dla polskiego lotnictwa, naszej państwowości i polityki. Post będzie krótki, niezwiązany z Oleśnicą, jednak czasami można, a nawet trzeba, wyjrzeć poza granice powiatu. Zwłaszcza w sprawach, które dotyczą wszystkich.

Nieprzypadkowo zaznaczam, że piszę z pokładu samolotu (siłą rzeczy nie mam tu dostępu do sieci, ale wkleję sobie tę notkę po wylądowaniu). Boję się latać, a dzisiaj boję się w sposób szczególny. W katastrofie rządowego Tupolewa zginęła znaczna część polskich elit. W takiej chwili polityczna przynależność nie ma znaczenia, nie liczą się dotychczasowe spory i krytyka.
Aparat państwa sobie poradzi, rodziny – nawet nie będę próbował się domyślać…

Towarzyszy mi kilka refleksji. Miejsce tragedii w fatalny sposób splata się z celem podróży i kaźnią tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji. Poprzez śmierć w Smoleńsku Prezydent Lech Kaczyński opowiada światu o Katyniu, o tych, którym jechał oddać hołd. Ponadto dzisiaj patrzę na Niego i Jego gości nie jako na polityków, wobec których sympatię miałem czasem bardzo umiarkowaną. Patrzę jak na ludzi. Ludzi mających uczucia, rodziny, plany.

Jeżeli można teraz wyciągnąć jakieś wnioski, to takie, że wzajemnego szacunku nigdy za wiele”.

Teraz już dopisuję z ziemi, po dwóch dniach oglądania zagranicznej telewizji, głównie Rossija24 i Russia Today. Oba kanały są oficjalne i rządowe (publiczne). W sobotę wieczorem anglojęzyczna Russia Today nadaje materiał o Katyniu. Tłumaczy po co leciała tam polska delegacja. Pokazuje archiwalne zdjęcia i – uwaga – dokumenty z rozkazem egzekucji sygnowane przez Stalina. Potem widzę Putina, obejmującego wstrząśniętego Tuska. Polskie placówki dyplomatyczne okalane kobiercami z kwiatów. Miedwiedwiew i Putin mówią bezpośrednio do Polaków, mer Moskwy melduje gotowość do przyjęcia rodzin ofiar. Dyżury psychologów zaczynają się na dworcach i lotnisku, baza hotelowa przygotowana. Potem na TVP Polonia dowiaduję się, że na najbardziej dostępnym kanale rosyjskiej telewizji pokażą w prime time „Katyń” Wajdy.

Chciałbym powiedzieć Rosjanom, że zyskali w Polsce wielu przyjaciół.

piątek, 2 kwietnia 2010

Świątecznych świąt…

Czcigodni Goście, drodzy czytający i komentujący Przyjaciele!


Nadchodzące święta skłaniają do zadumy i do zatrzymania się w codziennym biegu. Warto z tej okazji skorzystać, bez względu na to, czy celebrujecie Zmartwychwstanie czy nie.

Okazja ku temu jest sprzyjająca, bo równo pięć lat temu czas jakby zwolnił. Przypominam sobie Oleśnicę z tamtego okresu, a zwłaszcza zapełnione ulice i mrok chłodnych wieczorów rozświetlony tysiącami świec. Ludzie byli bliżej siebie i chociaż przez chwilę lepiej się rozumieli.

Życzę Wam ludzkiej życzliwości i odwagi w realizowaniu marzeń.

…a także zdrowia, jajek, kurczaków, zajęcy i innych cudów tradycyjno-komercyjnych i komercyjno-tradycyjnych.

Przy okazji dziękuję za kreatywne pomysły i wszystkie oznaki sympatii. Alleluja i do przodu, jak mawia klasyk!